Adwentowe dylematy
(Monodram)
(Scenkę poprzedza krzątanina w mieszkaniu. Pani domu, kobieta w wieku emerytalnym, sprząta, odkurza meble ściereczką. Kończąc pracę charakterystycznym gestem ociera pot z czoła – mówi)
Nooo! Myślę, że na dzisiaj wystarczy tej krzątaniny. Do świąt pozostało jeszcze sporo czasu, a więc spokojnie zdążę ze wszystkim. Okna umyję w przyszłym tygodniu.
Teraz zrobię sobie kawę i odsapnę.
(Podchodzi do kredensu i nalewa do filiżanki kawę i rozglądając się po pokoju uskarża się)
Szkoda, że nie mam nic słodkiego...
Hola, hola. Przecież obiecałam sobie ograniczać łakocie, które - jak widać - nie sprzyjają mojej figurze.
Skąd się to bierze do diaska? (dotyka fałd tłuszczu na brzuchu) Na brak ruchu nie mogę przecież narzekać. Strach pomyśleć co będzie po świętach.
No właśnie.
Jak to będzie w te święta?... Przecież, ja nie mam dla kogo szykować tego wszystkiego. Ala z Andrzejem nie przyjadą.
Chyba... nie?
To by ich za drogo kosztowało. Przylot samolotem ze Szkocji to nie wycieczka do Wrocławia.
Swoją drogą ten ich wyjazd za chlebem spędza mi sen z powiek. Czy im tu czego brakowało? Mieli przecież wszystko. Mieszkanie, umeblowane - jak się patrzy. Samochód... Mówią, że stary. Czy ja wiem? Był przecież w dobrym stanie. Przyjeżdżali nim do mnie w każde wakacje.
(Wstaje i poprawia w kilku miejscach ustawione na meblach bibeloty – kontynuując)
W ubiegłym roku zabrali mnie nad jezioro...
Ale heca. W połowie drogi do Leśnej zabrakło nam paliwa. Staliśmy w upale dwie godziny. Nikt nie chciał nam pomóc.
Myślę czasem, że ludzie są dla siebie jak wilki. Jeden drugiemu nie da tyle, co za paznokciem. Gonią za czymś na oślep. Aby więcej dla siebie... (łyka kawę z filiżanki)
Ale mi dzisiaj ta kawa smakuje... Jest pyszna. Gdyby tak jeszcze serniczek...
No! Krystyna! Opamiętaj się - z tym przecież koniec. Albo łakocie, albo figura. Jeśli chcesz wyglądać tak, jak ta z pierwszego piętra musisz trochę pocierpieć.
Swoją drogą, co chłopy w niej widzą? Nadskakują, rączki całują, rzucają komplementy.
Zrobiła sobie balejaż i wygląda jak...
(Nie kończąc zdania parska śmiechem, konstatując)
Przecież to nie na jej wiek. Młodym to może i pasuje, ale jej!? A ta spódniczka. Za krótka jak na jej lata. Kara Boża.
No, ale – co by nie mówić - figurę to ona ma.
(Zamyśla się, łyka kawę z filiżanki i... postanawia)
Niech się wali, niech się pali – w tym roku na święta nie będę piekła nic. Bo i dla kogo? Ja ciasta nie jem – to moje adwentowe postanowienie, a dzieci przecież do mnie nie przyjadą.
(Kończy ze smutkiem w głosie, po chwili przerwy kontynuuje z nadzieją)
Mam jednak cichutką nadzieję, że w pierwszy dzień świąt wpadnie moja kochana wnusia... Studentka, jak się patrzy. Dawno się z Kasią nie widziałyśmy. Brakuje mi jej szczebiotu.
Dzwoni nieraz - nie powiem - ale to nie to samo.
Zrobiłabym jej kutię... Ona ją tak bardzo lubi.
(Ożywiając się wyimaginowaną wizją, wspomina z sentymentem)
Wigilijna kutia, przypomina mi dom rodzinny. Pamiętam, jak każdego roku robiła ją mama. Kilka dni wcześniej moczyła pszenicę, potem my musiałyśmy kręcić mak, tłuc orzechy... Zachodu przy tym dużo, ale jaki smak...
Bez kutii święta są nieważne!
Przyjedzie, czy nie – kutię zrobię! To postanowione.
(Kolejny raz przełyka kawę i po chwili zastanowienia pyta samą siebie)
A choinka? Robić ją w tym roku, czy nie? Sama nie wiem.
Święta bez jodły... będą chyba smutne?
Od kiedy pod ratuszem stanęła choina, w mieście zrobiło się jakość przyjemniej, serdeczniej. Wydaje mi się, że nawet ludzie są dla siebie bardziej życzliwi. Chętniej przystają, rozmawiają, opowiadają o sobie.
Wczoraj na targowisku spotkałam Kamińską. Dawno się nie widziałyśmy. Kiedy to było...? Chyba na pogrzebie tego młodego chłopaka, którego potrąciło auto. (W zamyśleniu) Tak... na pogrzebie.
Mój Boże, przecież to było cztery lata temu. Jak ten czas leci.
Ona też spędza święta sama. Mówi, że każdego roku chodzi na Wigilię dla samotnych. Tam jest zawsze dużo ludzi i... podobno uroczyście.
E-eee. Ja tam nie chodzę. Wigilię zrobię sobie sama.
W domu, to jednak w domu.
Ugotuję barszczyku, do tego uszka z grzybami. Usmażę karpia. Niektórzy robią go w galarecie. Podobno dobry. Nigdy nie próbowałam.
(Krzątając się po pokoju, zastanawia się)
Co to ja jeszcze szykowałam na Wigilię?
Aha, śledziki w oleju... z cebulką. Jak się je dobrze wymoczy, przyprawi ziołami – są pyszne. Dawniej robiłam też krokiety. Mój mąż bardzo je lubił. Kazał sobie lać do filiżanki czerwonego barszczu i jadł bez opamiętania.
Przestrzegałam go: „nie przejadaj się - musisz spróbować wszystkich dwunastu dań...” Ale on i tak swoje. Jak to chłop.
(Wzdycha z tęsknotą i zawiesza głos - przez chwilę milczy po czym...)
Co ja jeszcze stawiałam na stole?
Ojej! Zapomniałam o pierogach! Z kapustą i grzybkami, które uwielbia Ala. Zajada się nimi bez opamiętania. Nieraz zastanawiałam się, gdzie ta chudzina to wszystko mieści? Ale... (Macha ręką) Niech jej będzie na zdrowie. Przy okazji zrobię także pierogi ruskie, które bardzo lubi Andrzej.
Co tu jeszcze?
Będę musiała zrobić sobie spis. Pamięć już nie ta...
A-aaa, wiem. Na wigilijnym stole nie może zabraknąć kompotu z suszonych owoców. Dzieci mówiły o nim, że to taka wędzonka w płynie. Piły go niechętnie - wolały Colę.
(Po chwili milczenia - pukając się w głowę)
Krystyna! Puknij się w czoło, a opłatek? To przecież najważniejsze.
Wydaje mi się, że mam jeszcze jeden z ubiegłego roku.
(Wstaje i próbuje zajrzeć do kredensu, dodając z głęboką refleksją)
Tylko czy to będzie godne - wobec Boga.
Nie! To nie uchodzi. Kupię u kościelnego świeżutkie opłatki, posmaruję je - jak to robiła dawniej mama – miodem i będzie jak trzeba.
Wigilia, Boże Narodzenie są tylko raz w roku. Nie może być byle jak. To najpiękniejszy czas i trzeba go ładnie uczcić.
(Zawieszając głos z wyraźnym smutkiem na twarzy)
Czy ja się przypadkiem nie zagalopowałam? Komu to wszystko? Sama tego nie zjem. Wygląda na to, że to będą kolejne święta, które spędzę bez rodziny.
Znowu przesiedzę trzy dni przed telewizorem, popłaczę sobie... Nawet na pasterkę nie mam z kim pójść.
Pierwszego dnia wybiorę się na cmentarz do swoich, zmówię pacierz, zapalę im świeczki... Niech przynajmniej oni mają troszeczkę radości...
(Po chwili milczenia i oznak wyraźnego zasmucenia, wracając do rzeczywistości - wzdychając)
Ale się nakręciłam. Ale dosyć tych gorzkich myśli. Na chandrę najlepsza jest muzyka. Ona mnie uspokaja.
(Schodzi z parkietu za kulisy, w tym samym czasie rozbrzmiewa piosenka - pastorałka)
- Autor
- Publikacje
- Krople Życia
- Zatrzymane Wahadło
- Zagubieni w czasie
- Na krawędzi dnia
- Stamtąd się nie wraca
- Bramy czasu
- Bukiet chabrów
- Proza
- Monodramy
- Poezja
- Sklepik
- Galeria
- Fotografia
- Akwarelowy Lubań
- Sacrum Profanum
- Ławka
- Schody
- Tajemn.Bukowej Góry
- Grafika
- Grafika komputerowa
- Prasa
- Kontakt
- Ostatnia Publikacja

Wizyty: 61986