Zagubieni w czasie cz.II
Fragment powieści „Zagubieni w czasie”
wystawiony na scenie w formie monodramu w dniu 12.12.2008 r. w MDK Lubań
…Zima zadomowiła się u nas na dobre. Była wyjątkowo śnieżna, ale na szczęście nie mroźna. Większą część dnia spędzaliśmy w domu, Natalia przy sztalugach, a ja na czytaniu książek. Od czasu do czasu wychodziliśmy na spacery. Biegaliśmy po białym puchu urządzając sobie bitwy na śnieżki. Byliśmy szczęśliwi, jakby cały ten dziwny, wyludniony świat nie miał dla nas większego znaczenia.
Była Wigilia, a po niej najważniejsze w roku wydarzenie religijne, jakim bez wątpienia są święta Bożego Narodzenia.
Zadbałem o choinkę, którą przystroiłem bombkami. Natalia zajęła się przygotowaniami do wieczerzy. Uznaliśmy, że mimo sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, wszystko musi być podniosłe, jak na to zasługuje ta najważniejsza w roku pamiątka biblijna.
Moja ukochana wykazała się tu prawdziwymi zdolnościami, nie tylko kulinarnymi, ale przede wszystkim organizacyjnymi. Działając w niezwykle ograniczonych warunkach potrafiła przygotować wiele wspaniałych dań, które znalazły się na naszym wigilijnym stole.
Kiedy na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka, zapaliliśmy świece i odświętnie ubrani zasiedliśmy do wieczerzy.
Za opłatek posłużyły nam wafle, które Natalia posmarowała miodem. Łamiąc się nimi, życzyliśmy sobie wiele miłości, wytrwałości i wiary w przyszłość. Każde z wypowiadanych słów okrasiliśmy łzami, które odzwierciedlały stan naszego ducha.
Na wigilijnym stole nie zabrakło czerwonego barszczu, krokietów - tym razem - nadziewanych pasztetem, były śledzie w oleju z cebulą, ryby z sosie pomidorowym… Było także coś na słodko. Zajadaliśmy się specjałami naszej kryzysowej kuchni słuchając najpiękniejszych kolęd. Kilka z nich zaśpiewaliśmy sami.
Pierwszego dnia świąt poszliśmy do kościoła. Główne wrota było zamknięte. Na szczęście udało się wejść bocznymi drzwiami.
Wewnątrz panowała przerażająca pustka i cisza. Uklękliśmy naprzeciwko ołtarza i oddaliśmy się modlitwie. Każde z nas na swój sposób rozmawiało z Bogiem. Mieliśmy wiele pytań i wątpliwości, ale także próśb związanych z nieprzewidywalną przyszłością.
Siedzieliśmy w świątyni dosyć długo, nie mogąc zdecydować się na wyjście. Dopiero chłód, który dał o sobie znać drętwiejącymi z zimna stopami, odprawił nas do domu.
Wizyta w kościele była nam obojgu bardzo potrzebna. Wprawdzie nie rozmawialiśmy o tym, ale każde z nas czuło głęboką ulgę na duszy.
Tego dnia rozmawialiśmy mniej niż zwykle. Byliśmy bardzo smutni. Co było tego powodem? Nie wiem. Być może nastrój świąt, a może podświadomość zapowiadała zbliżające się wydarzenia. Tyle tylko, że wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Położyliśmy się spać o zwykłej dla nas porze, życząc sobie spokojnej nocy.
Natalia usnęła pierwsza. Słuchając przez jakiś czas jej rytmicznego oddechu ja również zapadłem w sen.
Nie wiem, jak długo spałem, kiedy do moich uszu zaczął docierać jakiś dziwny dźwięk. Najpierw słaby, po czym nieco bardziej intensywny, w końcu wyraźny na tyle, abym uświadomił sobie, że jest realny.
To był krótki, powtarzający się systematycznie impuls, podobny do tego, jaki emituje urządzenie monitorujące pracę serca w szpitalu.
Bałem się otworzyć oczy. Leżałem przez pewien czas nasłuchując natrętnego sygnału, do którego dołączyły teraz inne dźwięki, jakiś szum, a po chwili nawet hałas.
Postanowiłem zdobyć się na odwagę.
Przez chwilę przyzwyczajałem oczy do panującego wokół mnie mroku. Zorientowałem się, że nie jestem już u siebie w domu. To nie jest moje mieszkanie.
Leżałem w jakimś przeszklonym pomieszczeniu, na łóżku, wokół którego znajdowały się liczne urządzenia, wysiały przewody, rurki…
Ów przerywany sygnał, który mnie obudził, dochodził spoza mojego łóżka, z jego tylnej części. Odchyliłem głowę i zobaczyłem monitor z wyświetlającą się na ekranie sinusoidą.
- Co jest u licha? – pomyślałem.
Postanowiłem usiąść, aby zobaczyć więcej. W momencie, kiedy usiłowałem się podnieść, elektroniczny sygnał stał się bardziej intensywny, a ja poczułem ostry ból w okolicy brzucha.
Niemal natychmiast do pomieszczenia, w którym leżałem, wbiegła kobieta w bieli. Zbliżyła się do mojego łóżka, pochyliła nade mną i wyraźnie podekscytowana zapytała:
– Czy pan mnie słyszy? Halo, czy pan mnie słyszy?
Przerażony sytuacją milczałem, wytrzeszczając na nieznaną mi kobietę oczy.
- Kim ona jest? – zastanawiałem się. Z pewnością nie była to Natalia. Czyżbym znowu zmienił świat?
Teraz nieznajoma kobieta zaświeciła mi czymś w oczy, przez co, - na pewien czas - straciłem zdolność widzenia.
– Co się dzieje? – zapytałem z niemałym wysiłkiem. – Kim pani jest? Gdzie ja jestem?
– Czy pan mnie widzi? – kobieta w bieli nie odpuszczała.
– Widzę – wyszeptałem, choć po jej eksperymencie ze światłem nie do końca było to prawdą.
Po tych słowach wybiegła, by za chwilę powrócić w asyście jakiegoś mężczyzny, także w bieli.
– Czy pan mnie słyszy? – powtórzył znane mi już, natrętne pytanie.
- Co z nimi? – myślałem oszołomiony. - O co im chodzi? Sen to jakiś, czy jawa?
– Jak się pan nazywa? Pamięta pan? – nie dawał za wygraną.
– Gdzie jest Natalia? – zapytałem półgłosem.
– Jaka Natalia?
– Moja ukochana Natalia – wyjaśniałem z wysiłkiem.
– Tu nie było żadnej Natalii. Od kilku tygodni nikt pana nie odwiedza.
– A co się stało?
– Miał pan wypadek, nie pamięta pan? – dopytywał mężczyzna.
– Wypadek…? Jaki wypadek? – coraz mniej rozumiałem.
Stojący nade mną człowiek w bieli odwrócił się do kobiety, szepnął do niej coś niezrozumiałego, po czym ona nabrała do strzykawki jakiegoś preparatu i wkłuła się w moje przedramię. Nie czułem jednak żadnego bólu. Po chwili przyszła senność.
Kiedy przebudziłem się ponownie, był jasny dzień. Teraz widziałem wyraźnie, że znajduję się w szpitalnej sali, otoczony skomplikowaną aparaturą. Obok mojego łóżka siedziała młoda osoba w bieli, ale inna niż poprzednio. Kiedy otworzyłem oczy, natychmiast wstała, pochyliła się nade mną i zapytała:
– Jak się pan czuje?
– Nie wiem – wyszeptałem.
– Czy coś pana boli?
– Nie czuję. Proszę mi powiedzieć, gdzie ja jestem?
– W szpitalu. Miał pan wypadek i przez kilka tygodni przebywał pan w śpiączce.
– Czy jest tu gdzieś Natalia? – usiłowałem dociec, co się stało z moją ukochaną.
– O jakiej Natalii pan mówi? Nikogo takiego tu nie było.
– Jak to nie było? Natalia… piękna… długie czarne loki, cudowne oczy…
– Nie wiem, o kim pan mówi. Zapytam koleżanek. Może one coś wiedzą.
Ale nie wiedziały. Nikt nie widział Natalii. Próbowałem przypomnieć sobie jakieś wydarzenia, poprzedzające moje przebudzenie.
Pamiętałem tylko, że wieczorem, w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, położyliśmy się razem spać. Do tej pory czuję jej lawendowy zapach. Natomiast później, kiedy się przebudziłem, już jej przy mnie nie było.
Co się stało? To pytanie nie dawało mi spokoju. Obie kobiety twierdzą, że miałem jakiś wypadek. Tylko gdzie i kiedy…?
Próby racjonalnego wytłumaczenia sobie obecnych zdarzeń nie przynosiły efektu.
– Natalio, jakże mi ciebie brakuje – szeptałem do siebie, wspominając swoją ukochaną. – Boże zwróć mi ją, proszę…
- Autor
- Publikacje
- Krople Życia
- Zatrzymane Wahadło
- Zagubieni w czasie
- Na krawędzi dnia
- Stamtąd się nie wraca
- Bramy czasu
- Bukiet chabrów
- Proza
- Monodramy
- Poezja
- Sklepik
- Galeria
- Fotografia
- Akwarelowy Lubań
- Sacrum Profanum
- Ławka
- Schody
- Tajemn.Bukowej Góry
- Grafika
- Grafika komputerowa
- Prasa
- Kontakt
- Ostatnia Publikacja

Wizyty: 61986