Zagubieni w czasie cz.II
Fragment powieści „Zagubieni w czasie”
wystawiony na scenie w formie monodramu w dniu 12.12.2008 r. w MDK Lubań
…Zima zadomowiła się u nas na dobre. Była wyjątkowo śnieżna, ale na szczęście nie mroźna. Większą część dnia spędzaliśmy w domu, Natalia przy sztalugach, a ja na czytaniu książek. Od czasu do czasu wychodziliśmy na spacery. Biegaliśmy po białym puchu urządzając sobie bitwy na śnieżki. Byliśmy szczęśliwi, jakby cały ten dziwny, wyludniony świat nie miał dla nas większego znaczenia.
Była Wigilia, a po niej najważniejsze w roku wydarzenie religijne, jakim bez wątpienia są święta Bożego Narodzenia.
Zadbałem o choinkę, którą przystroiłem bombkami. Natalia zajęła się przygotowaniami do wieczerzy. Uznaliśmy, że mimo sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy, wszystko musi być podniosłe, jak na to zasługuje ta najważniejsza w roku pamiątka biblijna.
Moja ukochana wykazała się tu prawdziwymi zdolnościami, nie tylko kulinarnymi, ale przede wszystkim organizacyjnymi. Działając w niezwykle ograniczonych warunkach potrafiła przygotować wiele wspaniałych dań, które znalazły się na naszym wigilijnym stole.
Kiedy na niebie pojawiła się pierwsza gwiazdka, zapaliliśmy świece i odświętnie ubrani zasiedliśmy do wieczerzy.
Za opłatek posłużyły nam wafle, które Natalia posmarowała miodem. Łamiąc się nimi, życzyliśmy sobie wiele miłości, wytrwałości i wiary w przyszłość. Każde z wypowiadanych słów okrasiliśmy łzami, które odzwierciedlały stan naszego ducha.
Na wigilijnym stole nie zabrakło czerwonego barszczu, krokietów - tym razem - nadziewanych pasztetem, były śledzie w oleju z cebulą, ryby z sosie pomidorowym… Było także coś na słodko. Zajadaliśmy się specjałami naszej kryzysowej kuchni słuchając najpiękniejszych kolęd. Kilka z nich zaśpiewaliśmy sami.
Pierwszego dnia świąt poszliśmy do kościoła. Główne wrota było zamknięte. Na szczęście udało się wejść bocznymi drzwiami.
Wewnątrz panowała przerażająca pustka i cisza. Uklękliśmy naprzeciwko ołtarza i oddaliśmy się modlitwie. Każde z nas na swój sposób rozmawiało z Bogiem. Mieliśmy wiele pytań i wątpliwości, ale także próśb związanych z nieprzewidywalną przyszłością.
Siedzieliśmy w świątyni dosyć długo, nie mogąc zdecydować się na wyjście. Dopiero chłód, który dał o sobie znać drętwiejącymi z zimna stopami, odprawił nas do domu.
Wizyta w kościele była nam obojgu bardzo potrzebna. Wprawdzie nie rozmawialiśmy o tym, ale każde z nas czuło głęboką ulgę na duszy.
Tego dnia rozmawialiśmy mniej niż zwykle. Byliśmy bardzo smutni. Co było tego powodem? Nie wiem. Być może nastrój świąt, a może podświadomość zapowiadała zbliżające się wydarzenia. Tyle tylko, że wówczas nie zdawałem sobie z tego sprawy.
Położyliśmy się spać o zwykłej dla nas porze, życząc sobie spokojnej nocy.
Natalia usnęła pierwsza. Słuchając przez jakiś czas jej rytmicznego oddechu ja również zapadłem w sen.
Nie wiem, jak długo spałem, kiedy do moich uszu zaczął docierać jakiś dziwny dźwięk. Najpierw słaby, po czym nieco bardziej intensywny, w końcu wyraźny na tyle, abym uświadomił sobie, że jest realny.
To był krótki, powtarzający się systematycznie impuls, podobny do tego, jaki emituje urządzenie monitorujące pracę serca w szpitalu.
Bałem się otworzyć oczy. Leżałem przez pewien czas nasłuchując natrętnego sygnału, do którego dołączyły teraz inne dźwięki, jakiś szum, a po chwili nawet hałas.
Postanowiłem zdobyć się na odwagę.
Przez chwilę przyzwyczajałem oczy do panującego wokół mnie mroku. Zorientowałem się, że nie jestem już u siebie w domu. To nie jest moje mieszkanie.
Leżałem w jakimś przeszklonym pomieszczeniu, na łóżku, wokół którego znajdowały się liczne urządzenia, wysiały przewody, rurki…
Ów przerywany sygnał, który mnie obudził, dochodził spoza mojego łóżka, z jego tylnej części. Odchyliłem głowę i zobaczyłem monitor z wyświetlającą się na ekranie sinusoidą.
- Co jest u licha? – pomyślałem.
Postanowiłem usiąść, aby zobaczyć więcej. W momencie, kiedy usiłowałem się podnieść, elektroniczny sygnał stał się bardziej intensywny, a ja poczułem ostry ból w okolicy brzucha.
Niemal natychmiast do pomieszczenia, w którym leżałem, wbiegła kobieta w bieli. Zbliżyła się do mojego łóżka, pochyliła nade mną i wyraźnie podekscytowana zapytała:
– Czy pan mnie słyszy? Halo, czy pan mnie słyszy?
Przerażony sytuacją milczałem, wytrzeszczając na nieznaną mi kobietę oczy.
- Kim ona jest? – zastanawiałem się. Z pewnością nie była to Natalia. Czyżbym znowu zmienił świat?
Teraz nieznajoma kobieta zaświeciła mi czymś w oczy, przez co, - na pewien czas - straciłem zdolność widzenia.
– Co się dzieje? – zapytałem z niemałym wysiłkiem. – Kim pani jest? Gdzie ja jestem?
– Czy pan mnie widzi? – kobieta w bieli nie odpuszczała.
– Widzę – wyszeptałem, choć po jej eksperymencie ze światłem nie do końca było to prawdą.
Po tych słowach wybiegła, by za chwilę powrócić w asyście jakiegoś mężczyzny, także w bieli.
– Czy pan mnie słyszy? – powtórzył znane mi już, natrętne pytanie.
- Co z nimi? – myślałem oszołomiony. - O co im chodzi? Sen to jakiś, czy jawa?
– Jak się pan nazywa? Pamięta pan? – nie dawał za wygraną.
– Gdzie jest Natalia? – zapytałem półgłosem.
– Jaka Natalia?
– Moja ukochana Natalia – wyjaśniałem z wysiłkiem.
– Tu nie było żadnej Natalii. Od kilku tygodni nikt pana nie odwiedza.
– A co się stało?
– Miał pan wypadek, nie pamięta pan? – dopytywał mężczyzna.
– Wypadek…? Jaki wypadek? – coraz mniej rozumiałem.
Stojący nade mną człowiek w bieli odwrócił się do kobiety, szepnął do niej coś niezrozumiałego, po czym ona nabrała do strzykawki jakiegoś preparatu i wkłuła się w moje przedramię. Nie czułem jednak żadnego bólu. Po chwili przyszła senność.
Kiedy przebudziłem się ponownie, był jasny dzień. Teraz widziałem wyraźnie, że znajduję się w szpitalnej sali, otoczony skomplikowaną aparaturą. Obok mojego łóżka siedziała młoda osoba w bieli, ale inna niż poprzednio. Kiedy otworzyłem oczy, natychmiast wstała, pochyliła się nade mną i zapytała:
– Jak się pan czuje?
– Nie wiem – wyszeptałem.
– Czy coś pana boli?
– Nie czuję. Proszę mi powiedzieć, gdzie ja jestem?
– W szpitalu. Miał pan wypadek i przez kilka tygodni przebywał pan w śpiączce.
– Czy jest tu gdzieś Natalia? – usiłowałem dociec, co się stało z moją ukochaną.
– O jakiej Natalii pan mówi? Nikogo takiego tu nie było.
– Jak to nie było? Natalia… piękna… długie czarne loki, cudowne oczy…
– Nie wiem, o kim pan mówi. Zapytam koleżanek. Może one coś wiedzą.
Ale nie wiedziały. Nikt nie widział Natalii. Próbowałem przypomnieć sobie jakieś wydarzenia, poprzedzające moje przebudzenie.
Pamiętałem tylko, że wieczorem, w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, położyliśmy się razem spać. Do tej pory czuję jej lawendowy zapach. Natomiast później, kiedy się przebudziłem, już jej przy mnie nie było.
Co się stało? To pytanie nie dawało mi spokoju. Obie kobiety twierdzą, że miałem jakiś wypadek. Tylko gdzie i kiedy…?
Próby racjonalnego wytłumaczenia sobie obecnych zdarzeń nie przynosiły efektu.
– Natalio, jakże mi ciebie brakuje – szeptałem do siebie, wspominając swoją ukochaną. – Boże zwróć mi ją, proszę…
Zagubieni w czasie
„Zagubieni w czasie”
(fragment powieści o tym samym tytule do gry w formie monodramu)
(bohater sam na scenie, ciemnej, zadymionej, tajemniczej…)
Nagła jasność, oślepiające błyski - sprawiły, że odruchowo zasłoniłam oczy. Przez chwilę nie wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Słyszałam jedynie przerażający huk, zgrzyt gniecionego żelastwa, odgłosy pękającego szkła. Miałam wrażenia, że cały świat wiruje wraz ze mną.
Po pewnym czasie nastała zupełna cisza i przerażająca ciemność. Nie słyszałam niczego poza swoim przyspieszonym oddechem. Serce waliło jak oszalałe. Trwałam w bezruchu zastanawiając się nad tym, co się wydarzyło? Miałam wrażenie, że znajduję się w jakiejś bliżej nieokreślonej przestrzeni. Otaczająca mnie cisza i ciemność sprawiły, że poczułam błogość i senność...
- - -
(wyraźna zmiana nastroju na bardziej radosny, zarówno scenicznego jak i gry aktorskiej)
Obudziłam się - jak co dzień - w swoim pokoju, do którego zaglądało poranne słońce. Zegar wskazywał dziewiątą dwadzieścia.
Zanim wstałam przypomniałam sobie dziwny sen. Co to było? Skąd się to wszystko wzięło w mojej głowie. Niektórzy twierdzą, że sny są odzwierciedleniem przeżyć doznawanych na jawie. Tymczasem nic takiego nie miało przecież miejsca.
Poranna toaleta zajęła mi nieco więcej czasu niż zwykle. Powodem był brak prądu. Wszystkie czynności wykonywałam w półmroku, przy otwartych drzwiach łazienki.
W pewnym momencie uświadomiłam sobie panującą wokół mnie ciszę. Przez uchylone okna nie słyszałam nawet ptasich treli, które od pewnego czasu uprzyjemniały wiosenne poranki.
Wyszłam na balkon i... rzeczywiście nie słyszałam śpiewu ptaków.
Co je tak uciszyło? - pomyślałam ze zdziwieniem.
Moje kolejne spostrzeżenie było jeszcze bardziej intrygujące, choć nie do końca rozumiałam, co mogło oznaczać. Na zewnątrz, jak okiem sięgnąć, nie zauważyłam ani jednego człowieka. Nie było również, kręcących się zwykle wokół śmietnika, bezpańskich psów.
- Co u licha? - zastanawiałam się głośno. - Dlaczego tu tak pusto?
Znikąd nie dochodziły najmniejsze dźwięki.
W pośpiechu włożyłam buty i wybiegłam na dwór. Rozejrzałam się z uwagą. Wszystko, co mnie otaczało - zaparkowane samochody, ławki, trawa, drzewa... pokrywała cienka warstwa siwego pyłu. Jak w mieszkaniu, które nie było sprzątane od dłuższego czasu.
Dziwne – pomyślałam.
Ludzi nadal nigdzie nie widziałam.
Postanowiłam pójść w kierunku sklepu z nadzieją, że może tam kogoś spotkam. Niestety, w zasięgu mojego wzroku nie było żywej duszy.
- To chyba jakiś żart, albo po prostu śnię.
Zdezorientowana wróciłam do domu. Włączyłam telewizor z nadzieją, że czegoś się dowiem. Niestety - zapomniałam, że nie ma prądu. Pobiegłam do kuchni, gdzie stało radio na baterie. Po jego uruchomieniu w głośniku dał się słyszeć jedynie szum.
Co się dzieje? – ta myśl nie opuszczała mnie ani na krok.
Wybiegłam na klatkę schodową, zapukałam do drzwi naprzeciwko i z bijącym sercem czekałam na efekt. Cisza.
Po chwili powtórzyłam pukanie, tym razem z nieco większym natężeniem. To także nie przyniosło skutku.
Odwiedziłam jeszcze kilkanaście innych mieszkań, ale bez rezultatu.
Wszystko wskazywało na to, że w bloku jestem zupełnie sama. Na myśl o tym przeszył mnie zimny dreszcz.
Chciałam, aby to był tylko sen. Podświadomie broniłam się przed myślą, że to, co mnie spotkało jest jawą.
Postanowiłam pójść do centrum miasta. Miałam nadzieję, że tam znajdę jakąś sensowną odpowiedź.
Kiedy dotarłam do rynku, byłam już praktycznie pewna, że w całym mieście jestem sama. Po drodze nie dostrzegłam najmniejszych oznak życia.
Cisza, jaka mnie otaczała, stawała się nie do zniesienia.
Moje nawoływania pozostawały bez odpowiedzi.
Usiadłam bezradna na ławce obok baszty, by zastanowić się, co robić dalej?
- Dlaczego mnie spotkało coś takiego? - pytałam nieobecnego sprawcę zaistniałej sytuacji. - Co się stało z innymi?
Nie było śladów wybuchu nuklearnego, bo tylko to przychodziło mi do głowy. Zresztą jego skutki byłyby bardziej katastroficzne.
- Nie rozumiem, nie rozumiem, nie wiem… - krzyczałam bliska rozpaczy. - Co ja mam teraz robić?
Nagle pojawiła się kolejna myśl, budząca nadzieję, że być może gdzie indziej spotkam kogoś żyjącego. Postanowiłam pojechać samochodem do pobliskiego miasteczka.
Wróciłam do domu po klucze od garażu i pół godziny później byłam już na miejscu.
Tu wszystko wyglądało podobnie. Pusto i przeraźliwie cicho. Żadnych oznak życia.
- A więc jednak. Jestem sama, choć nie wiem jak do tego doszło?
Z godziny na godzinę popadałam w stan głębokiego przygnębienia. Nie mogłam sobie poradzić z myślą, że zostałam na tym świecie zupełnie sama... i dlaczego właśnie ja?
Adwentowe dylematy
(Monodram)
(Scenkę poprzedza krzątanina w mieszkaniu. Pani domu, kobieta w wieku emerytalnym, sprząta, odkurza meble ściereczką. Kończąc pracę charakterystycznym gestem ociera pot z czoła – mówi)
Nooo! Myślę, że na dzisiaj wystarczy tej krzątaniny. Do świąt pozostało jeszcze sporo czasu, a więc spokojnie zdążę ze wszystkim. Okna umyję w przyszłym tygodniu.
Teraz zrobię sobie kawę i odsapnę.
(Podchodzi do kredensu i nalewa do filiżanki kawę i rozglądając się po pokoju uskarża się)
Szkoda, że nie mam nic słodkiego...
Hola, hola. Przecież obiecałam sobie ograniczać łakocie, które - jak widać - nie sprzyjają mojej figurze.
Skąd się to bierze do diaska? (dotyka fałd tłuszczu na brzuchu) Na brak ruchu nie mogę przecież narzekać. Strach pomyśleć co będzie po świętach.
No właśnie.
Jak to będzie w te święta?... Przecież, ja nie mam dla kogo szykować tego wszystkiego. Ala z Andrzejem nie przyjadą.
Chyba... nie?
To by ich za drogo kosztowało. Przylot samolotem ze Szkocji to nie wycieczka do Wrocławia.
Swoją drogą ten ich wyjazd za chlebem spędza mi sen z powiek. Czy im tu czego brakowało? Mieli przecież wszystko. Mieszkanie, umeblowane - jak się patrzy. Samochód... Mówią, że stary. Czy ja wiem? Był przecież w dobrym stanie. Przyjeżdżali nim do mnie w każde wakacje.
(Wstaje i poprawia w kilku miejscach ustawione na meblach bibeloty – kontynuując)
W ubiegłym roku zabrali mnie nad jezioro...
Ale heca. W połowie drogi do Leśnej zabrakło nam paliwa. Staliśmy w upale dwie godziny. Nikt nie chciał nam pomóc.
Myślę czasem, że ludzie są dla siebie jak wilki. Jeden drugiemu nie da tyle, co za paznokciem. Gonią za czymś na oślep. Aby więcej dla siebie... (łyka kawę z filiżanki)
Ale mi dzisiaj ta kawa smakuje... Jest pyszna. Gdyby tak jeszcze serniczek...
No! Krystyna! Opamiętaj się - z tym przecież koniec. Albo łakocie, albo figura. Jeśli chcesz wyglądać tak, jak ta z pierwszego piętra musisz trochę pocierpieć.
Swoją drogą, co chłopy w niej widzą? Nadskakują, rączki całują, rzucają komplementy.
Zrobiła sobie balejaż i wygląda jak...
(Nie kończąc zdania parska śmiechem, konstatując)
Przecież to nie na jej wiek. Młodym to może i pasuje, ale jej!? A ta spódniczka. Za krótka jak na jej lata. Kara Boża.
No, ale – co by nie mówić - figurę to ona ma.
(Zamyśla się, łyka kawę z filiżanki i... postanawia)
Niech się wali, niech się pali – w tym roku na święta nie będę piekła nic. Bo i dla kogo? Ja ciasta nie jem – to moje adwentowe postanowienie, a dzieci przecież do mnie nie przyjadą.
(Kończy ze smutkiem w głosie, po chwili przerwy kontynuuje z nadzieją)
Mam jednak cichutką nadzieję, że w pierwszy dzień świąt wpadnie moja kochana wnusia... Studentka, jak się patrzy. Dawno się z Kasią nie widziałyśmy. Brakuje mi jej szczebiotu.
Dzwoni nieraz - nie powiem - ale to nie to samo.
Zrobiłabym jej kutię... Ona ją tak bardzo lubi.
(Ożywiając się wyimaginowaną wizją, wspomina z sentymentem)
Wigilijna kutia, przypomina mi dom rodzinny. Pamiętam, jak każdego roku robiła ją mama. Kilka dni wcześniej moczyła pszenicę, potem my musiałyśmy kręcić mak, tłuc orzechy... Zachodu przy tym dużo, ale jaki smak...
Bez kutii święta są nieważne!
Przyjedzie, czy nie – kutię zrobię! To postanowione.
(Kolejny raz przełyka kawę i po chwili zastanowienia pyta samą siebie)
A choinka? Robić ją w tym roku, czy nie? Sama nie wiem.
Święta bez jodły... będą chyba smutne?
Od kiedy pod ratuszem stanęła choina, w mieście zrobiło się jakość przyjemniej, serdeczniej. Wydaje mi się, że nawet ludzie są dla siebie bardziej życzliwi. Chętniej przystają, rozmawiają, opowiadają o sobie.
Wczoraj na targowisku spotkałam Kamińską. Dawno się nie widziałyśmy. Kiedy to było...? Chyba na pogrzebie tego młodego chłopaka, którego potrąciło auto. (W zamyśleniu) Tak... na pogrzebie.
Mój Boże, przecież to było cztery lata temu. Jak ten czas leci.
Ona też spędza święta sama. Mówi, że każdego roku chodzi na Wigilię dla samotnych. Tam jest zawsze dużo ludzi i... podobno uroczyście.
E-eee. Ja tam nie chodzę. Wigilię zrobię sobie sama.
W domu, to jednak w domu.
Ugotuję barszczyku, do tego uszka z grzybami. Usmażę karpia. Niektórzy robią go w galarecie. Podobno dobry. Nigdy nie próbowałam.
(Krzątając się po pokoju, zastanawia się)
Co to ja jeszcze szykowałam na Wigilię?
Aha, śledziki w oleju... z cebulką. Jak się je dobrze wymoczy, przyprawi ziołami – są pyszne. Dawniej robiłam też krokiety. Mój mąż bardzo je lubił. Kazał sobie lać do filiżanki czerwonego barszczu i jadł bez opamiętania.
Przestrzegałam go: „nie przejadaj się - musisz spróbować wszystkich dwunastu dań...” Ale on i tak swoje. Jak to chłop.
(Wzdycha z tęsknotą i zawiesza głos - przez chwilę milczy po czym...)
Co ja jeszcze stawiałam na stole?
Ojej! Zapomniałam o pierogach! Z kapustą i grzybkami, które uwielbia Ala. Zajada się nimi bez opamiętania. Nieraz zastanawiałam się, gdzie ta chudzina to wszystko mieści? Ale... (Macha ręką) Niech jej będzie na zdrowie. Przy okazji zrobię także pierogi ruskie, które bardzo lubi Andrzej.
Co tu jeszcze?
Będę musiała zrobić sobie spis. Pamięć już nie ta...
A-aaa, wiem. Na wigilijnym stole nie może zabraknąć kompotu z suszonych owoców. Dzieci mówiły o nim, że to taka wędzonka w płynie. Piły go niechętnie - wolały Colę.
(Po chwili milczenia - pukając się w głowę)
Krystyna! Puknij się w czoło, a opłatek? To przecież najważniejsze.
Wydaje mi się, że mam jeszcze jeden z ubiegłego roku.
(Wstaje i próbuje zajrzeć do kredensu, dodając z głęboką refleksją)
Tylko czy to będzie godne - wobec Boga.
Nie! To nie uchodzi. Kupię u kościelnego świeżutkie opłatki, posmaruję je - jak to robiła dawniej mama – miodem i będzie jak trzeba.
Wigilia, Boże Narodzenie są tylko raz w roku. Nie może być byle jak. To najpiękniejszy czas i trzeba go ładnie uczcić.
(Zawieszając głos z wyraźnym smutkiem na twarzy)
Czy ja się przypadkiem nie zagalopowałam? Komu to wszystko? Sama tego nie zjem. Wygląda na to, że to będą kolejne święta, które spędzę bez rodziny.
Znowu przesiedzę trzy dni przed telewizorem, popłaczę sobie... Nawet na pasterkę nie mam z kim pójść.
Pierwszego dnia wybiorę się na cmentarz do swoich, zmówię pacierz, zapalę im świeczki... Niech przynajmniej oni mają troszeczkę radości...
(Po chwili milczenia i oznak wyraźnego zasmucenia, wracając do rzeczywistości - wzdychając)
Ale się nakręciłam. Ale dosyć tych gorzkich myśli. Na chandrę najlepsza jest muzyka. Ona mnie uspokaja.
(Schodzi z parkietu za kulisy, w tym samym czasie rozbrzmiewa piosenka - pastorałka)
Jesienią w Nałęczowie
(Monodram)
(Do sanatoryjnego pokoju wchodzi zziębnięta pensjonariuszka. Zdejmuje wierzchnie okrycie, wiesza je na wieszaku, zacierając skostniałe ręce...)
Ale dzisiaj zimno... Brrr. Przesadziłam chyba z tym spacerem. Będę musiała skracać je do bardziej rozsądnego czasu. Robi się coraz chłodniej. Najwyraźniej październik zaczyna pokazywać prawdziwe oblicze. Mieszkańcy Nałęczowa mówią, że tu często na Wszystkich Świętych leży śnieg.
A teraz szybko gorąca kawa... na rozgrzewkę. Nie mogę sobie pozwolić na przeziębienie.
- Proszę uważać na siebie. Każda infekcja to dla Pani serca poważne zagrożenie – przypomina mi ciągle lekarz. Powtarzam sobie te słowa jak mantrę.
(Łyka kawę i spogląda na zegarek)
Która to godzina? O! Już 17.00. Zaraz kolacja a później...
No właśnie co później? Panie spod 17-ki od kilku dni namawiają mnie na tańce do restauracji „Monika”. Tam podobno gra wspaniały zespół i bywa dużo fajnych kuracjuszy.
- Dlaczego ty tak stronisz od ludzi - pytają z przekąsem moje sanatoryjne koleżanki. Nie potrafią zrozumieć, że przyjechałam do sanatorium po zdrowie, a nie po „wrażenia”. Nie interesują mnie, jak wielu innych, tego typu rozrywki i przygodne znajomości. Wstyd mi za kobiety, kiedy słyszę w korytarzach zawołania typu: turnus mija a ja niczyja...
Wierzyć się nie chce!
Na stołówce zresztą widać to jeszcze wyraźniej. Przy stolikach siedzą same „małżeństwa”. (po chwili z ironią) Śmiechu warte. Na całym turnusie nie ma przecież ani jednego prawdziwego małżeństwa.
(Przechadza się po pokoju, staje przed lustrem, poprawia włosy)
Kiedy przygotowywałam się do sanatorium znajomi mówili, że będę rozrywana przez kuracjuszy, że się wprost nie opędzę. Śmiałam się z tego, nie wierzyłam im. A tu...
Nie można przejść korytarzem, by ze strony panów – często bardzo nobliwych - nie padały propozycje. (z prześmiewczą ironią) A to wypicia wspólnej kawy, a to spaceru we dwoje, czy wypadu na dancing.
Początkowo mnie to irytowało, ale teraz, po tygodniu, raczej się tym bawię. Pod warunkiem, że nie dochodzi do takich sytuacji, jak wczorajszej nocy.
(Z emocją w głosie)
Było grubo po 22-giej, kiedy jakiś amant próbował mnie „odwiedzić”.
Pukał do drzwi, prosząc o ich uchylenie, pod pretekstem niezobowiązującej pogawędki. Udawałam, że mnie nie ma.
Na szczęście po kilku minutach dał sobie spokój. Później długo nie mogłam zasnąć. Zdenerwowałam się, a serce natychmiast dało o sobie znać. Wsłuchiwałam się w jego nierówny rytm z niemałym przerażeniem.
Rano, czekając na otwarcie drzwi do jadalni, ów tajemniczy jegomość ujawnił się - rzucając ponad moją głową z przekąsem: „Niektórzy zamykają się na noc...”.
Zbyłam te słowa milczeniem, bo i cóż miałam powiedzieć.
(Po chwili)
Mnie naprawdę nie interesują sanatoryjne przygody. Chcę być sama. Wyciszyć się, przemyśleć to i owo, odnaleźć sens życia.
Temu właśnie służą spacery alejkami parku Zdrojowego, którymi niegdyś chadzał Prus, Sienkiewicz, Żeromski... Tu, w Nałęczowie, powstało wiele ich dzieł. Na samą myśl o tym - mam gęsią skórę. Któż z nas nie czytał „Popiołów”, „Dziejów Grzechu”, czy „Placówki”.
(Po chwili)
Często też wypuszczam się w głąb pobliskich lasów, przemierzając liczne wąwozy, wijące się wśród złocistych drzew. Tam jest moja kraina dumania.
A mam o czym myśleć.
(Chwila nostalgii, zastanowienia...)
Naprawdę nie wiem co mam robić... jak żyć. Stan zdrowia, nie pozostawia mi większego wyboru. Serce może mi spłatać figla w każdej chwili.
Myśl o tym paraliżuje moje poczynania.
(Po chwili zmyślenia)
W jednym momencie czuję się silna, nie dopuszczam do siebie złych myśli, snuję plany... a chwilę później dopadają mnie wątpliwości... Czy warto jeszcze coś zaczynać od nowa?
(Bierze do ręki plik fotografii, przegląda je, podejmując zdecydowane postanowienie)
Nie. Tak być nie może. Jak wrócę do domu, do pracy - będę silna! Nie pokażę nikomu swojej słabości. Nikt nie lubi smutasów. Moje problemy nikogo, tak naprawdę, nie obchodzą, a litości nie potrzebuję. Trzeba przecież jakoś żyć.
(Pod wpływem tego postanowienia i napływie optymistycznej energii)
Jutro po obiedzie wybiorę się na swoją prywatną „pielgrzymkę” do Wąwolnicy, gdzie – jak wyczytałam w przewodniku – znajduje się Sanktuarium Matki Boskiej Kębelskiej. Pójdę sama, na piechotę... Mam nadzieję, że uda mi się wrócić przed zmrokiem.
Tam u stóp Cudownej Figurki złożę wszystkie troski... Poproszę Jaśnie Panienkę o życiowe przewodnictwo.
(Spogląda na zegarek)
Już 18-nasta, czas na kolację. A co później?
Zobaczymy...
Zraniona niewinność
(Monodram)
(Bohaterka - kobieta w średnim wieku, ze śladami nieprzeciętnej urody, ciągle jeszcze zgrabna, modnie ubrana, przez chwilę krząta się po mieszkaniu i mówi...)
Ależ to był dzień. Jestem wykończona. Coraz trudniej udaje mi się sprostać tym wszystkim obowiązkom. Szef myśli, że my nie mamy nic innego na głowie, tylko te jego noty, rachunki i niekończące się kolumny cyfr. Tego księgowania mam czasami po dziurki w nosie...
(Wyjmuje z torby pliki dokumentów, układa je na skraju stołu, przyznając z głęboką szczerością)
Prawdę mówiąc obowiązków mi nie przybyło, a i usprawnień jest dzisiaj znacznie więcej niż dawniej. Chociażby komputery, bez których nie wyobrażam sobie normalnego życia.
Nawet swój pamiętnik, od kilku lat, wystukuję na klawiaturze.
(Podchodzi do sekretarzyka, skąd wyjmuje plik poszarzałych zeszytów)
Trzeba jednak przyznać, że te dawne sztambuchy mają swój niepowtarzalny urok. (Bierze do ręki plik zeszytów). Pisane dziewczęcą ręką, pełne nieporadnych zwrotów, czasem i błędów, ozdabiane własnoręcznymi rysunkami kwiatków... mają w sobie jakiś czar.
Ileż w nich życiowych zdarzeń, sytuacji, które miotały moimi nastoletnimi uczuciami, ile rozterek, rozczarowań, śladów łez... ale i radości, chwil pełnych szczęścia.
Choćby takich jak te... (Wertuje strony w jednym z pamiętników) z 12 maja.
„Dzisiaj, kiedy wracałam ze szkoły, spotkałam Marcina. Czekał na mnie na rogu ulicy Spółdzielczej. Zauważyłam go z daleka – będąc jeszcze na Bankowej. Na jego widok nogi zrobiły się jak z waty, a serce zaczęło bić mocniej. Tak długo się nie widzieliśmy. Na prędce wymyśliłam pretekst, aby pozbyć się Bożeny i skręciłam obok Sądu, abyśmy mogli spotkać się sami - bez przyzwoitki.
Był taki szarmancki... Wziął moją torbę z książkami i poszliśmy do baraku na ulicę Wąską, gdzie podają nasz ulubiony sok z marchwi. Siedzieliśmy przy niewielkim stoliku, sami, a on opowiadał o swoim pobycie we Wrocławiu, o badaniach, jakie musiał przejść, o tym jak bardzo tęsknił za mną.
Mogłabym go słuchać godzinami - jak głupia - wpatrzona w jego duże brązowe oczy. W pewnym momencie wziął mnie za rękę i uśmiechając się słodko zapytał - kiedy się znowu zobaczymy...”
(Podnosząc rozmarzony wzrok znad pamiętnika, wzdycha z rozrzewnieniem)
Ach... do dzisiaj pamiętam ten cudowny dreszcz. To był piękny czas.
Spotykaliśmy się – coraz częściej. Doszło do tego, że codziennie. Byliśmy młodzi, pełni wiary w siłę uczuć, które miały pokonać każdą przeszkodę. Nasza licealna miłość była naprawdę piękna i zbliżała nas do siebie coraz bardziej...
(Wertując kolejny pamiętnik, zatrzymuje się na zapisanych pod tajemniczą datą wspomnieniach)
„24 lipca.
Dzisiejsze spotkanie pozostanie na długo w mojej pamięci. Rano pojechaliśmy rowerami nad jezioro Czocha. Na „dzikiej plaży” spędziliśmy cały dzień. Było cudownie. Nagadaliśmy się za wszystkie czasy. Wracając do domów zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek w przydrożnym lesie, pełnym pachnących konwalii. Marcin zebrał bukiecik i klękając przede mną - poprosił mnie o rękę. Był taki zabawny. Kiedy się podniósł nasze twarze znalazły się blisko siebie, tak blisko, że czułam jego gorący oddech na policzkach. Przez dłuższą chwilę patrzyliśmy sobie w oczy... Inaczej niż dotychczas, głęboko i tkliwie. W końcu Marcin zdecydował się. Pocałował mnie... Po raz pierwszy odkąd jesteśmy razem! To było cudowne uczucie... Zakręciło mi się od tego w głowie... Na tę chwilę czekałam od dawna.”
(Odkłada zeszyt z zapiskami i szeptem pełnym melancholii wspomina)
To był nasz pierwszy raz... Piękny i niewinny.
Kolejne dni i miesiące upływały na codziennych szkolnych obowiązkach i popołudniowych spotkaniach. Po pewnym czasie Marcin zaczął przychodzić do mnie, do domu. Rodzice akceptowali go. Zresztą on na wszystkich robił dobre wrażenie. Był taki „dobrze ułożony” – jak mawiała moja mama.
Tu w moim pokoiku na piętrze doszło do jeszcze jednego, ważnego w moim życiu wydarzenia. Pewnego wieczoru, kiedy rodzice poszli do znajomych i na parę godzin zostaliśmy sami – powiedziałam swojemu ukochanemu TAK. Tę chwilę będę pamiętać zawsze.
(Wertuje kartki kolejnego pamiętnika, zatrzymuje się na kolejnej dacie)
„15 listopada.
Nie wiem, co o tym wszystkim napisać... Dzisiaj zrobiliśmy to, o czym marzyliśmy od dawna, co odkładaliśmy na lepszy moment. Czy to był właśnie ten moment? Sądzę, że tak. Zgodziłam się, bo chciałam ofiarować Marcinowi to, co miałam najcenniejszego.
Bałam się, ale on był taki czuły i delikatny.
Teraz, kiedy jestem już sama pojawiają się wątpliwości natury moralnej...
Ale co tam. Nie żałuje tego. Zresztą moje koleżanki zrobiły to znacznie wcześniej ode mnie.
Myślałam jednak, że to będzie wspanialsze doznanie...”
(Szybkim ruchem odkłada pamiętnik)
Ufff. Taki powrót do przeszłości to dziwne uczucie. Gdybym miała podjąć taką decyzję dzisiaj, pewnie zastanowiłabym się nad tym poważniej. Ale wówczas... śmiertelnie zakochana, nie widząca świata poza ukochanym...
Zresztą następne miesiące utwierdziły mnie w przekonaniu, że nic złego się nie stało. Byliśmy z sobą bardzo szczęśliwi i każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem.
Początki złego, choć wówczas nie uświadomione, zaczęły się po maturze, kiedy Marcin złożył dokumenty na uczelni.
(Sięga raz jeszcze po odłożony przed chwilą pamiętnik)
To był wrzesień... Dokładnie 17 września.
”Kiedy wreszcie zadzwonił Marcin, kamień spadł mi z serca. Wrócił z Poznania i natychmiast podzielił się ze mną radosną nowiną. Był tak podekscytowany, że początkowo nie mogłam go zrozumieć. W końcu jednak wyrecytował dumnie, że został przyjęty na pierwszy rok swoich wymarzonych studiów...”
(Odkłada zeszyt, wstaje od stołu i spacere po pokoju)
Pamiętam, że ja też ucieszyłam się z tego faktu, nie przypuszczając w swej dziewczęcej naiwności, że to może być początek końca. Wierzyłam naiwnie, że żadna rozłąka nie jest w stanie nas rozdzielić. Przecież tak bardzo się kochaliśmy.
Pierwsze trzy miesiące rozstania znosiłam w miarę bezboleśnie.
Tęskniąc ogromnie, wypatrywałam listonosza, który regularnie, raz w tygodniu, przynosił wieści od ukochanego.
Co to była za lektura? Czytałam je po kilka razy. Chwilę później siadałam przy swoim biurku i odpisywałam – informując najdroższego o każdej minucie mojego życia, o ogromnej tęsknocie... (Chwila zamyślenia)
Mijały kolejne miesiące... a listy zaczęły przychodzić coraz rzadziej. W końcu otrzymałam ten ostatni... w którym Marcin, jak zawsze dobrze „skrojony”, przepraszał mnie za... rozstanie!
„Poznałem kogoś – wykaligrafował patetycznie - kto zawładnął moim sercem...”
Nie pamiętam już tych wszystkich usprawiedliwień... Zrozpaczona porwałam list na strzępy i spaliłam, zalewając się przy tym łzami, których gorycz czuję do dzisiaj – mimo, że od tego czasu upłynęło już tyle lat...
(Zawiesza głos a po chwili zamyślenia z wyraźnym otrzeźwieniem)
No, wystarczy tych wspomnień. Ileż można... Jestem tu i teraz. Za mną ciężki dzień w pracy i nie czas na resentymenty. Zapiszę jeszcze kilka zdań w swoim elektronicznym pamiętniku i pójdę spać.
(Siada przy klawiaturze komputera i pisze)
„21 kwietnia 2006 roku.
Życie dało mi dzisiaj nieźle w kość. Nie dość, że w pracy huk obowiązków, to na koniec dnia dopadły mnie wspomnienia. Nie pierwszy zresztą raz. Wiem! Jak stuknięta pielęgnuję w sobie tamte chwile. Dawno już powinnam wyrzucić je z pamięci. To przecież nie ma sensu...
Cóż, kiedy nie potrafię. Próbowałam przecież nieraz. Nie jestem w stanie zapomnieć tamtych dni...”
(Nerwowym gestem odsuwa klawiaturę i wyłącza komputer)
A niech to... Idę spać.
(Wstaje od komputerowego stolika i schodzi ze sceny)
- Autor
- Publikacje
- Krople Życia
- Zatrzymane Wahadło
- Zagubieni w czasie
- Na krawędzi dnia
- Stamtąd się nie wraca
- Bramy czasu
- Bukiet chabrów
- Proza
- Monodramy
- Poezja
- Sklepik
- Galeria
- Fotografia
- Akwarelowy Lubań
- Sacrum Profanum
- Ławka
- Schody
- Tajemn.Bukowej Góry
- Grafika
- Grafika komputerowa
- Prasa
- Kontakt
- Ostatnia Publikacja

Wizyty: 39582